Filmaster

your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Studium rozpadu. Studium władzy.

Artykuł zawiera spoilery!

Wyrosłam z pewnego typu kina. Albo tylko z lepu słów, które wabiły samym już tylko swoim brzmieniem, jakby zapewnienia o wstrzemięźliwym powstrzymywaniu się od wielosłowia, zatrzymywaniu na granicy milczenia, unikaniu nadmiaru niepotrzebnych gestów, miały gwarantować nową wyższą jakość. To, co jeszcze nie tak dawno miało w sobie moc przyciągania, dziś jednoznacznie mnie odstręcza: zbyt skwapliwe deklaracje tego typu czy to w dystrybutorskich opisach, czy też w (zazwyczaj entuzjastycznych, widać choroba ta dotknęła nie tylko mnie) recenzjach, budzą we mnie ducha przekory. W rezultacie mniej oglądam, rzadziej czymś się zachwycam, coraz chętniej uciekam od fikcji do form dokumentalnych, ostrożnie penetruję pobrzeża paradokumentu, z przeczuleniem i irytacją reaguję na to, co uznaję za zużyte już, a mimo to wciąż ochoczo wykorzystywane chwyty i tropy. I chociaż nie znam się na kinie, to subiektywne mam poczucie, że zbyt często tam, gdzie chce ono zasłużyć na miano ambitnego, przeżuwa raz jeszcze te same konwencje, międli je leniwie a sennie, nijak nie mogąc zaskoczyć z góry przewidzianym rezultatem, który jednak wywoła dobrze znajomy i z niecierpliwością oczekiwany poklask zarówno u krytyka, jak i u widza. A o to przecież nam chodzi.

Czekałam na "Trzy małpy". Niecierpliwie tego filmu wyglądałam. Bo podobał mi się – kiedyś – bardzo "Uzak". Bo nie zdołał mnie nawet wystarczająco skutecznie zniechęcić fakt, że "Klimaty" były dla mnie utrzymane w nastroju tak nieznośnym, iż wytrzymałość moja skończyła się po dwudziestu minutach, a dvd rzuciłam gdzieś w kąt, bez większej ochoty na ponowną próbę oswojenia. Bo nie udało mi się obejrzeć tego filmu w lipcu we Wrocławiu, co oznaczało, że poczekać trzeba będzie na polską premierę – a to potrwa. Kłębiły się we mnie wątpliwości, a jednak zależało mi na tym, aby wreszcie w spokoju móc go obejrzeć. Odłożyć na ten czas wszystkie zastrzeżenia, skoncentrować się zaś na tym, co Ceylan umie zbudować bez wątpienia: na misternie konstruowanym dramacie, w którym pozornie nic z dramatyzmu nie ma; niby nie dzieje się nic, a wydarza się wszystko. "Trzy małpy" obietnicę te spełniają, sęk w tym jednak, że nie udało mi się zepchnąć na margines tego wszystkiego, co mnie drażniło i skutecznie beztroski odbiór zakłócało.

Wpływowy polityk powoduje wypadek. Są ofiary, nie ma chęci poniesienia odpowiedzialności. Zrzuca się ją – prosta przysługa, sowicie zresztą wynagrodzona – na kogoś, kto jest od nas zależny. Do więzienia trafi więc szofer, pozwoli się zamknąć na dziewięć miesięcy, przyzna się do winy, w zamian otrzymując miraż szczęścia, które będzie mógł zbudować po wyjściu. Gotowi może bylibyśmy skrzywić się z niechęcią; sprzedaje własną wolność – za co? Ceylan podważa łatwe ustalenia: to nie jest świat, w którym wolność miałaby aż taką wartość; spokojnie można ją przeliczyć na pieniądze, wystarczy, że proponowana suma będzie odpowiednio wysoka. Eyüp w swoich rachubach nie bierze jednak pod uwagę faktu podstawowego – jego nieobecność zmienia sytuację. „Nie ma podróży powrotnych” - można by powtórzyć za jedną z narratorek "Kłamstw" Hériza - „Miejsce, do którego wracasz, naznaczone jest twoją nieobecnością. Nie jesteś tym, który wyjechał”, ani nie są tymi, którymi byli ci, którzy zostali – dopowiadamy. Ceylan sprawnie myli tu tropy: na oczach widza rozgrywa się dramat, starannie zamazany jednak zostaje jego początek. Chcemy wierzyć – tym nas zresztą mami reżyser – że zaczyna się on w punkcie, w którym Eyüp przyjmuje nierozważnie ofertę swojego szefa; że to w tym i przyczyna, i wytłumaczenie. Trudniej jest nam dostrzec, że nic nie jest zawieszone w próżni, działania i dokonywane wybory mają swoją logikę, w przebłyskach – zostaje nam ona pokazana.

"Trzy małpy" to studium podwójne. Na pierwszy rzut oka: studium rozpadu, w którym precyzyjnej analizie poddaje się opis niszczenia więzi. Utraty zaufania. Paradoksalnie, wydaje mi się jednak, że opis taki mija się z celem: to, w czym pierwotnie próbowałam dla siebie zamknąć ten film, okazuje się w najlepszym razie pobieżną próbą sklasyfikowania. U Ceylana słyszę bowiem jedno przede wszystkim pytanie, na które w żadnej ze znanych mi recenzji nie znalazłam nawet próby odpowiedzi. Można szybko wyliczyć: zdradzano, kłamano, przemilczano. Żaden z bohaterów nie potrafi otwarcie zmierzyć się z problemem, zamiata się go pod dywan – stało się, ale jakoś trzeba z tym żyć. Jeśli jednak się stało – tak czytam Ceylana – to z jakiegoś względu, ten zalążek rozpadu gdzieś musiał się pojawić wcześniej; jaka była ta rodzina przed tą kłopotliwą ofertą polityka? Jakie były ich wzajemne relacje, w jaki sposób rozwiązywali narastające konflikty, jak godzili (tłumione i niewypowiadane) różnice zdań? A więc studium rozpadu, ale bardziej chyba jeszcze - studium władzy. Nie tylko na tym najbardziej oczywistym poziomie: zależności między człowiekiem wpływowym a jego ubogim pracownikiem, dla którego możliwość sprzeciwu równoznaczna byłaby zapewne z poważnym kryzysem. Przede wszystkim władzy w rodzinie, przewagi mężczyzn, od których w tym filmie zależy wszystko. Nie lubię feministycznej perspektywy traktowanej jako prosty klucz, na ogół za bardzo ogranicza, tu jednak narzuca się brutalnie. Hacer jest bez wątpienia najciekawszą z Ceylanowskich postaci, chociaż zarazem – najbardziej bezwolną i najbardziej naiwną. Przechodzi z rąk do rąk, bez protestu właściwie poddaje się biegowi zdarzeń, jej sprzeciw jest dziecinny w taniej swojej romantyczności, reakcje – niewspółmierne.

Sceny powrotu Eyüpa do żony, która go zdradziła, to najmocniejsze chyba fragmenty tego filmu. I najszczersze.

Ceylan poruszył mnie jakoś, zmusił do postawienia kilku pytań – dlaczego więc jednocześnie mówię, że mnie zirytował? Zarzuty mam dwa, oba zapowiadały już zresztą wcześniejsze filmy tego reżysera. Oba są również nawiązaniem do dziedzictwa Tarkowskiego, którego nie znoszę serdecznie a głęboko. Pierwszy z nich – to nadmierna estetyzacja. Drugi – na siłę wprowadzana mistyka. W ostatecznym rozrachunku sprawiają one, że "Trzy małpy" tracą urok dobrze zrobionego psychologicznego dramatu, na rzecz – no właśnie, sama nie wiem, czegoś pretensjonalnego? Całości, która złamana zostaje przez karykaturalne zakończenie? Film Ceylana nieznośnie jest teatralny. Częściowo taki być musiał – w końcu słów w nim niewiele, zagrać więc musi wyrazista ekspresja; mimika, która pozwoli na przejrzyste dopowiedzenie tego, czego wyczytać nie sposób nawet między słowami. Ale jest w niego ta teatralność wpisana również w sposób, którego nie lubię: w przerysowane kadry, w rozciągnięte do granic wytrzymałości ujęcia, sprawiające wrażenie, jakby reżyser napawał się sam sobą. Kiedyś mogłam o tym mówić ze spokojem, a nawet z zadowoleniem – teraz budzi to mój sprzeciw. Tak, jak i drażnią mnie obecnie wątki, które sytuują się gdzieś na pograniczu taniej metafizyki, z przeszłości się ku nam wychylające widmo dawno temu zmarłego braciszka; łamiące konwencję, gdyż przez moment nieznośnie mamy wrażenie, że niechybnie zmierzamy ku horrorowi. Czy coś to wnosi? Interpretację jakoś zmienia? Być może, chociaż moim zdaniem nieznacznie. Wątek ten wisi bowiem w próżni; jego wymiar symboliczny przytłacza wszystkie pozostały i nijak nie chce on przystawać do każdej racjonalnie zbudowanej układanki, a zbyt pobieżnie jest wprowadzony, aby na jego podstawie próbować konstruować inne odczytanie – takie przynajmniej, które dałoby się sensownie uzasadnić. W efekcie – w moim odczuciu ta niekonsekwencja, wpisany w "Trzy małpy" brak spójności, ostatecznie rozbijają ten film. Efekt, który do mnie przemawia dużo bardziej, osiągnął przy pomocy podobnych środków w "Wygnaniu" Zwiagincew – tam jednak nie miałam poczucia (naiwnego, przyznaję, ale tęsknię czasem za tym najprostszym odbiorem) postawienia poza opowiadaną historią; w przeciwieństwie do Ceylana, przyjęłam go z całym dobrodziejstwem inwentarza. W efekcie (Tarkowskiego nadal przeklinając po cichu w duchu) – po kolejny film Zwiagincewa sięgnę, jeśli obejrzę raz jeszcze Ceylana, to tylko z jakiejś perwersyjnej potrzeby rozgryzania mechanizmów funkcjonowania rzeczy, które drażnią mnie bądź też budzą niechęć.

michuk michuk

Motyw braciszka jest właśnie tym, o czym piszesz na początku -- to zmorą przeszłości, która dręczy całą rodzinę i która być może jest właśnie prawdziwą przyczyną wydarzeń, jakie zaszły podczas odsiadywania przez ojca wyroku.

Nie musimy znać szczegółów tej historii z przeszłości, żeby domyśleć się, że cokolwiek się stało, zostało to zamiecione pod dywan w podobny sposób w jaki zamiecione zostaną wydarzenia pokazane nam w filmie.

Nie widzę tu niespójności -- cały film wydaje mi się właśnie wyjątkowo spójny, a to co denerwowało mnie w nim to raczej "maniera" reżysera, przeciąganie ujęć i... miejscami po prostu nuda.

A tak w ogóle to świetna recenzja, brawo! Prosimy o więcej!

.

Vilya Vilya

Uważam, że ten braciszek jest tam niepotrzebny - może lepiej to, co chciałabym powiedzieć, da się opisać w kategoriach nadmiaru, a nie braku spójności. Dla mnie ten wątek jest jakimś ułatwieniem dla widza - pozwala stworzyć sobie podręczne wyjaśnienie, które mnie nie satysfakcjonuje, a przy tym jego potencjał pozostaje niewykorzystany. Z tą rodziną i tak byłoby coś nie tak, nawet gdyby zaoszczędzić sobie poważnego dramatu, którego istoty możemy się co najwyżej domyślać, a który i tak nic nam nie pomaga wyjaśnić. Bo przesuwa uwagę w stronę czegoś, co jest w moim odczuciu drugorzędne - nie ma aż tak dużego znaczenia to, jakie miejsce w ich życiu zajmował ten chłopiec, nie jest znowu aż tak istotne, kto jest odpowiedzialny za tragedię. Interesowałoby mnie to, czego Ceylan nie potrafi wygrać (poza najlepszymi momentami): skomplikowana siatka emocji, w którą zaplątała się ta trójka. Frustracja dorastającego syna, który nie ma szczególnych widoków na przyszłość. Frustracja Hacer, której wdanie się w ten romans częściowo można czytać jako bierne podporządkowanie, częściowo jako realizację jakiegoś snu o miłości, jeszcze inaczej - jako opowieść o potrzebie przejściowego chociaż wyzwolenia, przeżycia czegoś nowego. I wreszcie Eyüp, zawieszony między uczuciami, mimo wszystko kochający chyba tę kobietę, a jednocześnie wciśnięty w jakieś kulturowe wzorce (kolejna kalka w odczytaniach, która na ogół do mnie nie trafia, ale tu też się narzuca), w obowiązek dominacji. Owszem, oni sobie z tym nie radzą i nie radzili, sytuacja, w którą się wplączą jest tylko wyostrzeniem zazwyczaj stosowanych strategii - tyle że motyw tego dziecka nic tu zupełnie, w moim oczywiście odczuciu, nie wnosi.

"Uzak" nazywałam nie-nudnym filmem o nudzie. Myślę, że teraz byłabym nim zmęczona.

.

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook